Kończy się styczeń dopiero co zainaugurowanego roku 2017. Na początku – wydarzenia ważne; 13-14 stycznia X edycja Zacieraliów, Festiwalu Twórczości Nieograniczonej. Festiwal jak zwykle udany, tłumnie nawiedzony przez publiczność. 13 w piątek grał Zacier + Z Całym Szacunkiem Dzika Świnia, skład, który nagrał płytę Podróże w Czasie, czyli Park Rower i Wiewiórki. Zagraliśmy 14 piosenek z nowej, nieznanej jeszcze publiczności płyty, gdyż 13.01 wypadła również premiera krążka. Wyzwanie duże, a pełna sala musiała wziąć na barki całkiem nowy materiał, nie zagraliśmy bowiem żadnej „klasycznej” piosenki zacierowej. Mimo to publiczność życzliwie przyjęła nowy materiał. Drugiego dnia grał konwencjonalny Zacier z Dr Yry na basie. Yry jak zwykle brał czynny udział również w innych wydarzeniach muzycznych; pierwszego dnia odbył się benefis 40-lecia pracy twórczej Romana Malika z udziałem gości, do których grona i ja zostałem honorowo powołany i wykonałem z Romanem i Maksem Milą 4 dni. Podarowałem jubilatowi ogórki konserwowe na pamiątkę wspólnie spędzonych chwil. Pierwszego dnia gwiazdą wieczoru była grupa Pieseek, która grała na końcu, jako 9 kapela i to wcale nie do pustej sali. Grałem z nimi na bębnach Mrufki w kilku piosenkach i nawet mnie nie wyrzucili. Drugiego dnia Yry wyprowadził na scenę El Dupa Unkaziked, lecz zgodnie z tradycją, po kilku próbach „wproszenia” się przez Kazika, został on łaskawie dopuszczony do wspólnego muzykowania. Oczywiście na koniec Yry godnie reprezentował joint venture o nazwie Płonąca Pyta Nerona, w której zagrał też, jak przed 9 laty, sam mistrz Kazik. Zasłużył on na szczególne wyróżnienie, gdyż karnie i kornie wytrzymał do samego końca, w ogóle nie spożywając darów bożych, będąc jednocześnie w ogniu krzyżowym imprezującej na zapleczu Progresji bardzo licznej czeredy muzyków i ich ziomów. Kazik udzielał się jednak przede wszystkim dnia pierwszego, odśpiewał i odegrał bogaty repertuar w kapeli Zdunka, potem stanął przed mikrofonem w Zuch Kazik, występ był wzbogacony o dwie nowe piosenki (Walentyna, Myśmy są wojsko), a koncert ozdobił, podobnie jak w roku poprzednim, Chór Żeński Mieszany. Pierwszego dnia, przed występem GKS, Niebieski Robi Kreski i Jakub Gliński, nieco już strudzeni, przy akompaniamencie kilku muzyków, namalowali naprędce obraz oblewając gigantyczny blejtram na scenie litrami farby, na szczęście akrylowej. Szeroki margines ich pracy twórczej objawiający się kałużami farby na deskach sceny, upapraniem wzmacniaczy i statywów, najbliżej stojących artystów i gości, nieodwracalnym oznakowaniem ubrań (legendarnie upiększona kurtka Kuby Sojki, który bębnił w nowej grupie Kasi i Wojtka Mikstura na Robale), niemal przyczyniła się do przedwczesnego zakończenia pierwszego wieczoru. Na szczęście Kuba Sienkiewicz z GKS nie dali za wygraną i dzielnie odczekali aż scena zostanie prowizorycznie oczyszczona, po czym stąpając w barwnych plamach dali koncert jak zwykle wysokich lotów, a dodać trzeba, że dnia następnego dosłownie lecieli do Londynu na finał WOŚP. Gwiazdą drugiego wieczoru był Olaf, którego najnowsza formacja Cyrk Deriglasoff debiutowała na scenie Progresji. Koncert zaczął się od pochodu kapeli od bram sali na scenę, dodam też, że Flipper i Amoniak, przebrani za bielanki, obsypywali orszak chipsami. Olaf jak zwykle mocnym ciosem trafił w serca publiczności. Rewelacją pierwszego dnia był dwuosobowy LXMP. Macio Moretti za skromnym, niedbałym zestawem bębnów, jedną ręką obsługujący syntezator Korga oraz towarzyszący mu na kilku klasycznych analogach wirtuoz Piotr Zabrodzki dokonali zachwycającego gwałtu na umysłach i duszach nie tylko obecnych muzyków, ale również publiczności. Muzyka nie z tego świata, łamiąca schematy i przekraczająca granice, perfekcyjna do bólu, cholernie trudna, jednocześnie żywiołowa i drapieżna. Radości Zacieraliów dopełnili Dr Hackenbush (ponoć zjarali dywan w hotelu Colibra), Pytong, zespół Dodna ze Szczecina, Lej mi Pół, Bzyk ze Sztajemką i Jan Niezbędny z głową pełną rymów i pomysłów, z pokaźnym zespołem i gibką tancerką, optycznym alter ego frontmana. Wspomniana Mikstura na Robale dała bardzo dobry koncert jako otwieracz w sobotę. Świetna forma i energia, o dziwo przy całkiem przyzwoitej publice jak na 17:30. Koncerty trwały do mniej więcej 3:00, impreza była przednia, parę osób ucierpiało na ciele i umyśle, ktoś tam się zgubił, ktoś wybił szybę w kiblu. Z zarobionych pieniędzy do muzyków trafiło skromne 40%, tak wielka jest machina obsługująca Zacieralia. Jak zwykle tylko spora frekwencja umożliwiła względną rentowność imprezy. Konferansjerkę zapewnili SMKKPM w piątek i Łyżka Czyli Chilli w sobotę, nie było filmów, a dla planowanych, krótkich prezentacji zabrakło rzutnika na wyposażeniu klubu. Podsumowując, Zacieralia 2017 uważam za udane artystycznie i frekwencyjnie. Dziękuję wszystkim uczestnikom tego wiekopomnego wydarzenia. Z nadzieją oczekuję edycji XI.

       Co do wspomnianej premiery płyty, pierwotnie miała się odbyć jeszcze w roku 2016, ale z różnych przyczyn została przełożona na piątek, 13-tego, pierwszy dzień Zacieraliów. W planie – podpisywanie płyty i nakręcenie klipu do Umywalki. Praca nad płytą był rozłożona w czasie, gdyż pierwszych nagrań dokonaliśmy w rodzącym się Jabcok Studio w maju 2016. W nagraniach uczestniczyło 7 osób, nagrywaliśmy sprawnie, ale z przerwami, niemal do końca 2016r. Kajtek Aroń i Wojtek Jabłoński dbali o część techniczną, ale też o zachowanie wiarygodności i duszy zespołu, który, tak naprawdę, nie istnieje. Piosenki były osnute wokół nagranych przeze mnie klawiszy i wokalu – każdy muzyk dokładał swoje ścieżki. Nie chcę powtarzać informacji umieszczonych w książeczce dołączonej do płyty, podkreślę jednak, że z albumu jestem bardzo zadowolony, niezależnie od tego, jak poszczególnym osobom może być trudno pogodzić się z nowym, poważniejszym wizerunkiem Zacieru. Czy jest to Zacier? Oczywiście. Zacier to ja, więc cokolwiek czynię, czynię w imię zacieryzmu, a naturalna ewolucja jest konieczną częścią rozwoju artystycznego, któremu, dodam z zadowoleniem, niewątpliwie ulegam. Płyta może być trudna w odbiorze, wydaje mi się, że powinno się ją posłuchać co najmniej kilka razy i dopiero wtedy odkryje ona swoją głębię i magię. Wiele moich piosenek oscyluje na granicy ledwo czytelnej kpiny i całkowitej powagi, podobnie jak ja żyję i funkcjonuję będąc jednocześnie nieokiełznanym artystą i doświadczonym lekarzem, a wspólnym mianownikiem obu sfer jest serce, dusza i filozofia życiowa. Po raz pierwszy wszystkie piosenki pochodzą z okresu kilkunastu miesięcy, są więc spójne czasowo i odpowiadają mojej kondycji i uśrednionemu nastrojowi roku 2016. Fakt, że mogę dalej nagrywać premierowe piosenki, i w dodatku jest to najlepszy materiał jaki udało mi się zgromadzić na płycie kiedykolwiek, cieszy mnie niezmiernie i dowodzi tego, że czas nie przebiega liniowo. Żadna piosenka na tej płycie nie jest wypełniaczem, każda spełnia ważną rolę i odkrywa inny zakamarek duszy. Zresztą wystarczy posłuchać samemu. Na okładkę trafił mój autoportret, który namalowałem 25 października na podstawie selfie z komórki. Malowałem farbami olejnymi z Jysk niecałą godzinę, rezultat uznałem za bardzo zadowalający, szczególnie, że nie malowałem już ponad 20 lat, a i wtedy popełniłem zaledwie kilkanaście obrazów niezbyt udanych. Portret ten trafnie podsumowuje płytę, jest ona bowiem bardzo osobista.

       W roku ubiegłym była trasa akustyczna z Kultem, na której poruszałem się czołgiem scenicznym, w roku 2017 też odbędzie się podobna trasa, goście zaśpiewają inne piosenki. Przygotowania już trwają. Poza tym w 2016 odbyliśmy kilka koncertów wraz z Bzykiem i Sztajemką, które niestety nie były (może poza Warszawą) specjalnym sukcesem frekwencyjnym. Reasumując, rok 2016 był rokiem dobrym, pozwolił skupić się na nowych piosenkach, którymi mnie los obdarzył. W lutowym Teraz Rocku jest wywiad ze mną i Mrufką, przychylna recenzja płyty, jest też piękna relacja z Zacieraliów. Ja tymczasem doleczam zapalenie oskrzeli z przeraźliwie i beznadziejnie uporczywym kaszlem, który uniemożliwia mi sen w nocy, zrywa się napadowo i trwa aż do porzygu. Cieszę się, że infekcja która rozpoczęła się na początku nowego roku, dała mi wolne na Zacieralia, gdzie trochę piałem, ale radę dałem. Z pokorą zatem przyjąłem fakt nawrotu infekcji po Zacieraliach i mam tylko nadzieję, że odpuści do pierwszego koncertu Kult Akustik, który ma się odbyć 4 lutego w Krakowie. Rok 2017 uważam za oficjalnie zainaugurowany.

Dodaj komentarz