Jeszcze na dobre kurz i dym nie opadły w Progresji, porządki i zbieranie sprzętu trwają, na płotach jeszcze gdzieniegdzie wiszą plakaty, Niebieski posprzątał przed kolejnymi koncertami scenę z farb, którymi z rozmachem malowali on, Kot i Yry w trakcie ponad godzinnego występu Płonącej Pyty Nerona, który grubo po północy uwieńczył niezwykle udany set sobotni, jeszcze w głowach brzmią radosne nuty festiwalu, jeszcze nie wszyscy ochłonęli i do końca wytrzeźwieli, natomiast wszyscy, według mojej wiedzy, szczęśliwie wrócili do domów. Po intensywnych i ekstatycznych chwilach przyszedł też czas na zadumę, a u niektórych na melancholię.
W piątek nawiedziło nas ponad tysiąc osób, w sobotę było ich około 850. Większość grzecznie słuchała koncertów, duża część imprezowała w różnych zakamarkach klubu, mniejsza grupa wraz z artystami na backstage’u. Było gwarno, roiło się od niezwykłych kreacji, w tym kulinarnych nakryć głowy i nie tylko. Był też umiarkowany negliż, były stroje, nazwijmy to nieformalne (patrz – Amoniak, który dzielnie zapuszczał projektor z filmami, a w międzyczasie pląsał pod i po scenie). Jak zwykle tylko zdjęcia potrafią oddać niepowtarzalną atmosferę Zacieraliów, choć w internecie jest masa filmów, niestety zwykle umiarkowanej jakości, które więcej odbierają niż dodają uroku przeżytym chwilom. W tym roku poziom artystyczny był bardzo wysoki. Złośliwi twierdzą, że wręcz zabrakło żenady, z której niegdyś słynęły Zacieralia. Ale, jak już od pewnego czasu powtarzam, nie samą żenadą człowiek żyje, szczególnie nie tą rozumianą dosłownie.
W piątek, po kilku słowach otwarcia w wykonaniu Adama Grzanki, mistrza ceremonii i moim, oraz dedykacji dla nieobecnych przyjaciół, z ekranu nad sceną zagaił sam Wiesław Wszywka, którego duch i filmy unosiły się w tym roku nad Progresją. W niewdzięcznej roli otwieracza wystąpiła świetna Woda Ski Bla, szalona ekipa z Wrocławia, z którą mieliśmy już przyjemność współwystępować. Mają własny, inteligentnie zakręcony i odlotowy, żeby nie nadużywać określenia pozytywnie żenujący styl, grają bardzo sprawnie i na pewno nie żałuje ten, kto w piątek przyszedł do Progresji już o 17:30. Zresztą sala na ich występie (którego start opóźniłem przezornie o 30 minut) szybko się wypełniała, jak nigdy dotąd, biorąc pod uwagę wczesną godzinę. Zaraz po nich pojawili się prawie-gospodarze TPN 25, których przaśny punk rock od lat doskonale zna każdy kto uczęszcza na Zacieralia, a stałych bywalców i tym razem nie brakowało. Ludzie przyjechali z całej Polski, ale też z zagranicy. Z wieloma gośćmi pogwarzyłem, nie ze wszystkimi mogłem, było jak w ulu, szczególnie kiedy po swoim koncercie poszedłem się bratać. Jak zwykle rozwiązywałem również dziesiątki problemów w locie, odbierałem telefony, odpisywałem na smsy. Jestem bowiem głównym organizatorem, dyrektorem artystycznym, modulatorem, ojcem, matką chrzestną, promotorem, krajalniczym kanapek, wynoszaczem śmieci na zapleczu i rozwiązywaczem problemów festiwalu. Po TPN 25 i tradycyjnym zmasakrowaniu gitary przez Kristoforosa Strunodestruktora aka Stavrosa Analkopulosa aka Dr Yry, na scenę wtargnął gwałtem Nocny Kochanek, ekipa grzecznych, skromnych, młodych ludzi, których styl, warsztat muzyczny i sprawność nasuwają skojarzenia z heroicznym metalem z rejonów Iron Maiden, zaś ich genialny, wiecznie uśmiechnięty wokalista, z dystansem serwuje wokalizy, których nie powstydziliby się Dickinson, Dio, Halford i Tate razem wzięci. Dziewczyny szalały na ich występie, podobnie jak wspomniany już Tomek Antoniak (Amoniak), który z Shebenem stoczył na scenie walkę na miecze, a ukazali się oni w strojach z epok minionych i nawet przy tym nie obalili moich klawiszy, które już prężyły muskuły przed naszym występem. Po entuzjastycznie przyjętym Nocnym Kochanku wystąpili mistrzowie Janusz Zdunek + Marienburg + Kazik + Goście. Ekipa ta już tradycyjnie uświetnia Zacieralia nie tylko jazzowym graniem, brzmieniem trąb, tub, saksofonów itp., zaraża wszystkich entuzjazmem do współbrzmienia, harmonii, porządku, wzajemnego szacunku, ale równocześnie improwizacji, eksperymentów muzycznych i wspólnej zabawy i wbrew pozorom doskonale wpisuje się w przewrotną ideologię Zacieraliów. W orkiestrach dętych jest jakaś siła, jak pisał niegdyś poeta, a w piątek spotęgowała ją osobowość Kazika Staszewskiego. Jednym z gości był też stojący skromnie na uboczu Aleksander Korecki, od kilku lat również zagorzały entuzjasta zacieryzmu duchowego. Po jazzie był Zacier. Grało nam się przemiło, choć zmęczenie dawało o sobie znać, a z dumą i łezką w oku muszę nadmienić, że sala była najgęściej zapełniona na koncercie Zacieru właśnie. Tu pragnę podziękować Wam wszystkim za tę najpiękniejszą nagrodę, jaką może otrzymać wiejski artysta naiwny mojego pokroju, jaką jest pozytywny i entuzjastyczny odbiór naszych desperackich poczynań. Po Zacierze scenę zdominował bezbłędny GKS (Grochowalscy – Korecki – Sienkiewicz), doskonale i z wyczuciem ogniskujący najpiękniejsze wartości festiwalu myślą, mową, uczynkiem i ubraniem, bo o zaniedbaniu mowy być nie może. Koncert Zucha Kazika z udziałem chóru żeńskiego mieszanego (20% mężczyzn) był bardzo udany, jak przystało na grupę, która z rąk SP Records odebrała tego wieczoru złotą płytę za album „Zakażone Piosenki”. Gościem specjalnym był Lembicz Przemysław z Kwartetu ProForma, który w stroju żołnierskim, wraz z Kazikiem wykonał piosenkę Nicka Cave’a „Gorzki Płacz” we własnym tłumaczeniu, uczestniczył też aktywnie w dokonaniach chóru, mimo gorączki z dreszczami, która niefortunnie raczyła nim, nieszczęsnym, nieco poniewierać. A chór, strojny w czerń i biel, ochoczo intonował treści rewolucyjne, przysparzając koncertowi uroczystej atmosfery na miarę uduchowionych akademii rodem z PRL. Na zapleczu trwała tymczasem gorliwa impreza, niektórzy aktorzy tej sztuki przeszli w pewnym momencie z ról pierwszoplanowych na dalszy plan wraz z narastaniem promili, inni nadal biegali, krzyczeli, śpiewali, turlali się, obnażali, pokazywali sobie nawzajem tatuaże, atmosfera była przyjazna i obyło się bez poważnych urazów czy innych, ciężkich objawów niepożądanych. Pierwszy wieczór zamknął dynamiczny Cremaster, znany już z Zacieraliów zespół hejwimetalowy, w którym nowym frontmanem jest od pewnego czasu Tektur von Schnitzel, płyty gramofonowe i inne przeszkadzajki ochoczo i energicznie demoluje Adam Grzanka, aka DJ Mazut, zaś zgrane trio Kivi, Monter i Badhed zapewnia grupie nie mniej wysokie C, cokolwiek to znaczy. Pierwszy dzień zakończył się trzeźwym i spokojnym powrotem do domu, gdzie z gościem z Nowej Huty Goomim, Mrufką i Pepe zawitaliśmy około 2:00 i każde z nas z radością wykonało podwójny piruet zakończony zasłużenie orłem na prześcieradle.
W sobotę, po wstępnym ogarnięciu zaplecza i stołów z poczęstunkiem, ponownie nastąpiły próby dźwięku, dalsze sprawy organizacyjne, uzupełnianie listy gości, dystrybucja opasek, dawał się również we znaki kac papierosowy, bo mimo restrykcji, smog z palarni spowijał nas podstępnie przez cały piątek. Na początku z sali wiało pustką, aż przykro było patrzeć. Opóźniłem zatem start i występ warszawskiej grupy Curva Maxima o pół godziny, kiedy to stopniowo pojawiać się zaczęli pierwsi, zaspani goście w rytm ich harcersko-bluźnierczego repertuaru. Dobrze, że jestem od pewnego czasu pełnoletni bo mógłbym ulec zgorszeniu lub zepsuciu wewnętrznemu słuchają tylu brzydkich słów. Bajkowy Ludojad ze Świnoujścia grał jako drugi. Dla mnie byli jednym z licznych tego wieczoru jasnych punktów Zacieraliów. Grają świetnie i oryginalnie, są w swej głupawce bardzo mądrzy, mają absurdalny styl, który zręcznie inkorporuje różne wpływy muzyczne, przy rozczulającej, pozornej niezaradności i zagubieniu wokalisty. Ich stroje, trzeba nadmienić, były wielce satysfakcjonującym dopełnieniem występu, a każdy (a mówię tu wyłącznie w swoim imieniu oraz własnym) miał ochotę ich poprzytulać jak pluszowe misie lub szmaciane laleczki, może nawet hefalumpy. Konferansjerkę w sobotę dzielnie prowadził uroczy i piękny Kabaret Paszkot, który płynnie wtopił się w ideologię Dzieci Garnków i niestrudzenie trwał na stanowisku niemal do samego końca, choć widać było nieznaczne znużenie w okolicach ósmej godziny koncertu. Starałem się na miarę swoich możliwości technicznych pocieszać żeńską część kabaretu, jedną z dziewczyn ucałowałem nawet z doskoku w czubek noska. Do seksu jednak nie doszło, choć jak wiadomo gdzie mężczyzna i kobieta są niedaleko, tam łatwo może dojść do zbliżenia z uwagi na niewielki dzielący ich dystans w centymetrach oraz naturalne fluidy i atmosferę zaplecza, charakterystyczną dla Progresji. Zaprzyjaźniony, znany nam z kilku wspólnych koncertów Absurd z Torunia wystąpił jako trzeci. To kolejna sympatyczna, młoda kapela, sprawna technicznie, grająca atrakcyjnie, z własnym pomysłem i dużą charyzmą Czyżyka i piękną Dominiką na basie. Po nich był SPEC z gościnnym udziałem Romana Malika i kolegi Lembicza z ProFormy. SPEC to jedyny znany mi zespół blokowy, który śmiało łączy tłuste bity i zmyślne rymy hip-hopowe z pieśniami maryjnymi i muzyką głębokiego środka centralnego, niekiedy zaś peryferyjnego. Trzeba dodać, że Malik odebrał w czasie występu zasłużoną, wielokrotnie (nikt, nawet wydawca nie wie do końca ilu) platynową płytę. W dalszej kolejności wystąpił zespół WU-HAE, pochodzący przynajmniej częściowo z Nowej Huty, z bliskim naszym sercom Bzykiem i ekipą. Zdaniem wielu, to właśnie ich występ był najbardziej porywającym punktem wieczoru, urzekający świetnym brzmieniem, czytelną proludzką filozofią, niezwykłą energią i toną głośnych i miłych dla ucha dźwięków. Cieszę się, że w tym roku udało się Bzykowi dotrzeć do stolicy (bo niegdyś utknęli pod Krakowem w dniu planowanego koncertu i musiał ich zastąpić zdziesiątkowany Kult). Po nich mocne uderzenie kontynuowało Speculum z Yrym i tym razem mistrzem Tymonem Tymańskim, przez chwilę wspieranymi przez byłego wokalistę tej formacji Figo czyli Pietrasa, Olafa Deriglasoffa oraz sympatycznego Tektura. Wszyscy oni przednio się bawili zarówno na jak i poza sceną. Speculum właśnie nagrało nową płytę, motorem odrodzonej grupy jest nadal człon instrumentalny znany z Cremastera, ale lżejsze aranżacje i hammondowskie dźwięki klawiszowca dodają utworom bardziej hardrockowego niż metalowego brzmienia. Raduje się moje zmurszałe serce, że tak wybitne postacie nie pogardziły zaproszeniem na Zacieralia i uświetniły tę imprezę. Po nich była grupa Olafa Deriglasoffa o wdzięcznej i przebiegle trafnej nazwie Deriglasoff. Olaf to przemiły kolega, wielka (dosłownie i w przenośni) postać, artysta awangardowy, którego znam osobiście od kilkunastu lat, tradycyjnie zachwycił muzykalnością, inteligencją, nietuzinkowym repertuarem i energią sceniczną. Ostatnim zespołem przed Płonącą Pytą Nerona była Apteka. Z Kodymem już kiedyś rozmawiałem o Zacieraliach, ale dopiero rezygnacja ProFormy z grania w tym roku z racji bliskiego terminu ich koncertu w Stodole, skłoniła mnie, rzutem na taśmę, do ponowienia propozycji. Tym razem koncert doszedł do skutku i cieszę się bardzo, gdyż nie tylko miło się z Kodymem gadało na backstage’u, okazał się też mieć swoiste poczucie humoru i podobało mu się u nas, ale przede wszystkim zagrał on bardzo energiczny i natchniony koncert, jak na prawdziwą gwiazdę przystało. Jak już pisałem jest czarodziejem gitary i zapisał się złotą czcionką w Zacieralia Hall of Fame. Jego koncert był uwieczniony przez ekipę Jaoka z pomocą kilku kamer, może zatem ujrzy światło dzienne pierwsza profesjonalna produkcja koncertowa z Zacieraliów. O płonącej Pycie Nerona już wspomniałem na początku, uczestników koncertu tej formacji było wielu, wodogłowie było pełne, również z gościnnym udziałem samego Prezesa Progresji. Graliśmy dużo dłużej niż planowane 20 minut, po koncercie gawędziliśmy, bynajmniej nie o suchym pysku, przy barze, w domu zaś wylądowaliśmy wraz z synami po 4-tej rano w niedzielę. Wieczorem woziliśmy sprzęt, a w poniedziałek praca, jak to bywa gdy się pracuje.
Mija tydzień od Zacieraliów, w internecie coraz to nowe wspomnienia, zdjęcia, filmy. Wystąpiło około 80 artystów w 18 zespołach, sprzedaż biletów była porównywalna z ubiegłoroczną, ceny biletów były identyczne. 60% wpływów z biletów pożerają koszty, w tym sala, sprzęt, plakaty, podatki, prowizje, ZAiKS. Z 28 złotych jakie kosztuje bilet jednodniowy do rąk artysty trafia niecałe 12. Oczywiście pieniądze nie są żadnym priorytetem i większość muzyków gra dla przyjemności i sztuki, jednak, przy niskich cenach biletów i programowym braku sponsorów, aby festiwal mógł w ogóle istnieć konieczna jest duża liczba uczestników. Tu chcę podziękować publiczności raz jeszcze, bo to dzięki Wam może się odbywać jedyny w swoim rodzaju festiwal, bez Was natomiast zginie. Dziękuję Prezesowi, Marcie i Waldkowi z Progresji, Garwolowi i innym akustykom, świetlikowi, ochronie i pozostałym pracownikom klubu. Dziękuję też tym, którzy pomogli promować Zacieralia, zwłaszcza Wiesławowi Weissowi z Teraz Rocka, Łukaszowi Kamińskiemu (Co jest grane), Bartkowi Koziczyńskiemu (PR IV, Teraz Rock), Arturowi Tylmanowskiemu, Makakowi (Antyradio), Zenkowi z Kabanosa (Radio Kampus), ekipie TVP Kultura i innym.
Do zobaczenia na X edycji Zacieraliów w 2017 roku.
Mnierosłaff van der Zacier